Tomasz Lis – Po ostatnie Polska, Po ostatnie Polacy, 11.01.2026
W Polsce rytm roku wyznaczają zwykle cykliczne paroksyzmy złych emocji. Jeszcze nie zaczęła grać orkiestra Owsiaka, a już jazgot podniosła okołoPiS-owska orkiestra nienawiści do Owsiaka. Orgia nienawiści do wielkiej inicjatywy charytatywnej, która corocznie generuje tylko dobro, i w sensie materialnym i duchowo-emocjonalnym, to kuriozum na skalę światową. To dowód, że konflikt w Polsce ma bardziej charakter cywilizacyjny i kulturowy niż polityczny. Barbaria atakuje i tratuje wszystko, co dobre, niezależne i niekontrolowalne.
Nie mam głębokiego przekonania, że większość Polaków naprawdę ma apetyt na deeskalację i depolaryzację. Tak twierdził w kampanii kandydat Hołownia i skończyło się to dla niego upokarzającą katastrofą. A może tylko, jak mówią Amerykanie, it is not the message, it is the messenger. Czyli przesłanie było w porządku, ale posłaniec nie ten, co trzeba.
Wojenka domowa w Polsce większości więc nie przeszkadza. Większość problem ma tylko z tym, że drugiej strony nie udało się jeszcze pognębić. A jednocześnie większość chciałaby, tak sądzę, by temperatura konfliktu jednak opadła, by w relacjach między obiema stronami było więcej wzajemnego szacunku i choćby udawania dialogu.
Kto za to odpowiada? Jedni powiedzą, że Kaczyński z Nawrockim, drudzy, że Tusk. Według mnie trafna jest oczywiście opinia pierwsza.
Kaczyński nie tylko uczynił dzielenie metodą, a szczucie narzędziem, ale dla swej politycznej korzyści wyrąbał między Polakami rów tak głęboki, jak to możliwe, żeby swych wyborców uczynić swymi zakładnikami, by przejście na drugą stronę było dla nich emocjonalnie niemożliwe. To Kaczyński dyktuje warunki tej gry, a Tusk tylko się do niej dostosowuje. Tusk też się żywi polaryzacją. Nie ma wyjścia. Wie, że musi trzymać swe oddziały w stanie nieustannego pobudzenia, a ponieważ podstawowymi emocjami po tej stronie są antykaczyzm i antyPiSizm, plan gry narzuca się sam.
Oczywiście od pół roku oś konfliktu trochę się zmieniła i zamiast wojny Kaczyński Tusk mamy wojnę Nawrocki Tusk. Nawrocki jest tu swoistym proxy, zastępcą i substytutem, ale w rolę wszedł chętnie, gorliwie i z zapałem, tym bardziej, że jatka, rąbanka, napieprzanka i nieustanne mordobicie to jego naturalny habitat, ulubiona konwencja i coś, co idealnie pasuje do jego mentalu i kibolskiego temperamentu.
Trudno w tej sytuacji oczekiwać, że Nawrocki markowałby chociaż postawę nacechowaną powściągliwością, umiarem i wolą dialogu. Musiałby przestać być sobą, czego trudno od niego wymagać. Poza tym, znowu odwołując się do mądrości anglosaskiej, Tiger never changes it’s stripes, tygrys nigdy nie zmienia swych pasów, czyli charakteru. Przy czym uprzejmie proszę pana Nawrockiego, a szczególnie czytelników, żeby nie odebrali słowa tygrys jako komplementu. Z Nawrockiego żaden tygrys, ot osiedlowy bandziorek i cwaniak.
No dobrze, a dlaczego wysiłku w kierunku dialogu nie miałby wykonać Tusk, zapytacie. Otóż dlatego, że nie na tym polega opisana dość precyzyjnie w konstytucji funkcja premiera. Ma on być swoistym administratorem kamienicy. Ma rozwiązywać bieżące problemy mieszkańców, starać się, by problemów unikać w przyszłości i generalnie robić wszystko, żeby ludziom żyło się lepiej, łatwiej i milej. Jeśli mamy do Tuska, a mamy, pretensje o zapchane rynny, dziurawy dach i nieodśnieżony chodnik, to nie wymagajmy od niego, by w wolnych chwilach starał się budować w kamienicy nastrój powszechnej życzliwości. Od tego konstytucja dała nam prezydenta. Nie mamy do niego pretensji o korki na zaśnieżonej A7, to niech się chłopak chociaż postara, żeby było miło.
Ciągłość państwa, spójność społeczna i tworzenia atmosfery współdziałania, porozumienia, zaufania i dialogu. To rola prezydenta. Nawrocki tego nie robi? No to trzeba było wybrać do pełnienia funkcji kogoś, kto do jej pełnienia się nadaje, a nie kogoś, kto ma wszystkie cechy osoby, która żadnym prezydentem nigdy być nie powinna.
Oczywiście nawet w pełnej napięć, konfliktów i złej energii atmosferze w polskiej polityce, stosunkowo łatwo dałoby się osiągnąć akceptowalne modus vivendi i stworzyć atmosferę w kraju całkiem znośną. Ale do tego prezydentem musiałby być taki Kwaśniewski albo ktoś kulturowo i mentalnie do niego podobny. I był nawet taki kandydat. Okazało się jednak, że jest kulturalny, oczytany i zna francuski. Lud polski jest w stanie wybaczyć wiele, ale takiej kumulacji wad i słabości nie wybaczy nigdy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz