Tomasz Lis – 0:2, czyli HONORU NIE ZWRACAM, 20.01.2026
Rzadko zdarza się symultaniczne moralne i wizerunkowe samobójstwo dwóch ważnych polityków. Coś takiego mieliśmy w ostatnich dniach, choć niewielu jest zaszokowanych, bo na jedno i drugie zanosiło się od dawna.
Mowa oczywiście o panach Ziobrze i Hołowni. Obaj okazali się wierni nie jakimkolwiek wartościom, lecz sobie. Zademonstrowali jedynie narcystyczne przywiązanie do stworzonego przez siebie wizerunku samych siebie, jeden samozwańczego twardego szeryfa Zbyszka, drugi politycznego Mesjasza i namaszczonego przez, jeśli nie Stwórcę, to historię, charyzmatycznego kaznodziei i odnowiciela życia publicznego i polityki, błogosławionego Szymona.
Obu zgubił narcyzm i to, że za fasadą frazesów i patosu była w gruncie rzeczy banalna prawda. Tak naprawdę zawsze szło tylko o własną karierę, o własny interes i zaspokojenie własnych ambicji. Cała reszta to była banalna, kłamliwa ściema dla mediów i dla ludu.
W momencie próby, wcale nie jakiejś monumentalnej, ale po prostu w chwili banalnego testu zwykłej ludzkiej przyzwoitości, fasada runęła i obaj polegli z kretesem. Jeden okazał się przegrywem i tchórzem, drugi przegrywem i zdrajcą, obaj zaś dość parszywymi, żałosnymi, bezwstydnymi i tandetnymi krętaczami.
Nie wiadomo, czy bardziej odstręczająca jest historia gościa, który zapowiadał, że skończy w Polsce czas bezkarności białych kołnierzyków, wynajął grupę czarnych charakterów, miał przywrócić praworządność, a razem z podwładnymi zaczął ordynarnie kraść, potem zgrywał twardziela, a w obliczu kłopotów z wymiarem sprawiedliwości sfabrykował chorobę nowotworową, a finalnie uciekł pod skrzydła kumpla dyktatora i zbrodniarza, czy historia gościa, który opowiadał, że codziennie konferuje ze świętą Faustyną, potem zdradził swych sojuszników i poszedł do politycznego łóżka z największym wrogiem, potem symulował zmęczenie polityką i pragnienie poświęcenia większej ilości czasu rodzinie, by finalnie skorzystać z okazji, by wrócić na swe podwórko, mieszać w wyborach nowego przewodniczącego własnej partii i nie wykluczyć kandydowania na szefa czegoś, co sam uczynił masą upadłościową. Umówmy się, że mamy tu między tymi delikwentami swoisty remis.
Jeden chciał władzy i pieniędzy, drugi pochlebstw, oklasków i niezasłużonego uznania. Obaj zapomnieli, że Bóg to nie buk, honor to nie humor czy homar, a ojczyzna to nie włoszczyzna.
Honor trzeba mieć, ale z licytowaniem wysoko w kwestii honoru trzeba uważać. 5 maja 1939 roku w słynnym wystąpieniu sejmowym minister spraw zagranicznych Józef Beck, w obliczu bezczelnego terytorialnego szantażu ze strony Hitlera, mówił, że „jest jedna rzecz w życiu ludzi i narodów, która nie ma ceny. Tą rzeczą jest honor”. Piękne słowa. Patos dobrze wybrzmiał w budynku na Wiejskiej, a po chwili był wybuch entuzjazmu i huragan braw. Sejm i naród dokładnie to chcieli usłyszeć. 130 dni później razem z marszałkiem Rydzem-Śmigłym Beck przekraczał na moście w Kutach granicę z Rumunią, nie zważając, że ojczyzna właśnie słaniała się po kolejnych ciosach Wehrmachtu, a w tym momencie także Armii Czerwonej. Honor okazał się mieć jednak cenę. Wymierną. Cenę strachu.
W kwestii honoru w momencie próby trzeba dowieźć, stanąć na wysokości zadania, zdać egzamin. Inaczej są kompromitacja, żałość i ogólne zażenowanie.
Szymona i Zbyszka dzieli prawie wszystko, ale jedna dość ważna rzecz łączy. Obaj okazali się małymi ludźmi z wielkim ego, groteskowo wręcz marnymi postaciami. Po obu pozostanie głównie zażenowanie, po Ziobrze jeszcze zrujnowana praworządność i wyroki dla członków gangu kierowanego przez powiatową lady Makbet, sterującą partią cynicznych półgłówków nazywających samych siebie a to solidarną, a to suwerenną Polską. Bo przy okradaniu Polski trzeba było się jeszcze Polską zasłonić.
Hołownia też miał swoją lady Makbet, nie żonę akurat, ale puchnącą od ambicji i rządzy władzy toksyczną ambicjonerkę dwojga nazwisk, zajętą głównie intrygami i dość bezwstydną autopromocją.
Na końcu jeden stracił laskę i twarz, drugi zaś swój plastikowy pistolecik z gatunku używanych przez dzieci w śmigus dyngus, ministerialno prokuratorską pieczątkę i resztki powagi. Obaj twarz. Jednego przestali się bać, a drugiego podziwiać lub choćby dla swych karier i fruktów udawać, że podziwiają i szanują. Obu została miłość własna lub to, co z niej zostało, gdy odpadła z zaszpachlowanej facjaty zbyt gruba warstwa marketingowego make upu fasada. Jednemu zniknął z twarzy uśmiech samozadowolenia, a drugiemu wystąpiły na lico rumieńce niekoniecznie charakterystyczne dla pacjentów onkologicznych w stanie podobno terminalnym.
Dwaj ludzie. Dwa zera. Dwie smutne historie, jedna prawda o człowieku. Honor łatwo zadeklarować, a trudniej mieć, tym bardziej w momentach próby demonstrować. A jak się go nie ma lub traci, to na zawsze, bezpowrotnie. Zostają wtedy dyshonor, niesmak, krępująca cisza i pisane za życia nekrologi.
Hołownia i Rydz-Śmigły udowodnili, że tytuł marszałka nie gwarantuje honoru. Ziobro i Piłat, że nie gwarantuje go tym bardziej tytuł prokuratora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz